OKIENKO EKSPERTA

„Fizjoterapeuta musi być też trochę psychologiem…”

Na początku, diagnoza jakoś do mnie nie docierała. Myślałam, że poćwiczymy i mój syn będzie zdrowym dzieckiem… albo pół roku – co najwyżej rok – za rówieśnikami… ale dogoni ich kiedyś…” – Chłopak nigdy nie dogonił rówieśników…

Lekarze, pielęgniarki, fizjoterapeuci i rehabilitanci – bardzo często muszą mierzyć się z oczekiwaniami rodziców, którzy nie chcą tracić nadziei… przynajmniej w pierwszych chwilach, po usłyszeniu diagnozy. Szukają w sobie sił do walki o zdrowie, oraz sprawność dziecka… i potwierdzenia w oczach specjalisty, że dzięki wspólnej pracy – ten cel uda się osiągnąć. Takie osoby, nierzadko trzeba sprowadzić na ziemię – pokazując im jednocześnie, że nie są tutaj same… że otrzymają wsparcie, wskazówki, wiedzę – czyli wszystko to, co pomoże im nauczyć się żyć na nowo…
O takich spotkaniach, rozmowach i pracy, z rodzicami nieuleczalnie chorych, niepełnosprawnych i niesamodzielnych dzieci – opowiedział nam Paweł Daniłowicz, fizjoterapeuta w Małopolskim Hospicjum dla Dzieci.

Pierwsze spotkanie z pacjentem… Rodzice z pewnością, bardzo często liczą na cud… Czy starasz się szczerze wyjaśnić im – ile dzięki tej wspólnej pracy uda wam się osiągnąć? Czy nie wyprowadzasz z błędu, żeby nie odbierać im nadziei?

Pierwsze spotkanie z pacjentem, na ogół bywa stresujące… Jest to zderzenie oczekiwań rodziców – z tym, co wychodzi nam po przeprowadzonym badaniu. Uważam, że fizjoterapeuta musi być w związku z tym – także trochę psychologiem. Staram się nie wyznaczać sobie długoterminowych celów w rehabilitacji… Raczej koncentruję się na tym, co jest ‘tu” i “teraz”, w danym dniu. Oceniam stan pacjenta i indywidualnie do niego dostosowuję zabiegi.

Czy miałeś takich pacjentów, z którymi udało Ci się osiągnąć więcej, niż zakładałeś? Czy były na przykład osoby, które postawiły pierwsze kroki – choć wcześniej wydawało się to wykluczone?

Zdarza się tak, że pracuję nad czymś z pacjentem… i nie udaje nam się tego osiągnąć. Natomiast, gdy przyjeżdżam na następną wizytę – słyszę, że pacjentowi udało się samemu zrobić obrót… którego do tej pory nie dał rady wykonać. Innym razem znowu… pacjent, który miał problem z utrzymaniem równowagi przy ścianie – jest w stanie to zrobić… utrzymać się przy ścianie, czy przejść kilka kroków. To pokazuje, że rehabilitacja nie jest w pełni przewidywalna, ponieważ nie jesteśmy w stanie przewidzieć rozwoju i progresu skoku rozwojowego dzieci.

Do jakiego momentu, jesteś zwykle w stanie wyprowadzić pacjenta? Wiem, że to sprawa indywidualna… ale jak jest najczęściej? Czy raczej chodzi o to, żeby utrzymać dziecko w dotychczasowej kondycji? Czy są też jakieś milowe kroki, w trakcie tej wspólnej pracy?

Gdy pracujemy z dzieckiem przewlekle chorym – najważniejsze dla nas jest to, aby jego stan nie pogarszał się… Czy są jakieś kroki milowe w rehabilitacji? Owszem, my to nazywamy ”kamieniami milowymi”, a są nimi: umiejętność stabilizacji głowy – około trzeciego miesiąca życia dziecka… umiejętność stabilizacji tułowia i siad – około szóstego miesiąca… umiejętność stabilizacji miednicy i raczkowanie – dziewiąty miesiąc życia… oraz umiejętność stabilizacji tułowia w przestrzeni – około dwunastego miesiąca. Wszystko inne jest odchyleniami od normy i to głównie nad nimi pracujemy.

Co cieszy Cię najbardziej? Czy to, jak dzieciaki się zmieniają? Jakie to są zmiany? Czy tylko te związane ze sprawnością i stanem zdrowia…? Czy widać też zmiany na twarzy i w zachowaniu?

Najbardziej cieszę się, gdy główna choroba dziecka nie postępuje zbyt szybko… Kolejnym powodem do radości jest to, że dziecko nie cierpi jeszcze dodatkowo z innych powodów – takich jak: przeziębienie, czy gorączka. Wtedy, na twarzy takiego młodego człowieka często maluje się uśmiech… jest bardziej wypoczęty, wyspany – łatwiej się z nim pracuje, łatwiej jest coś osiągnąć. Gdy dziecko jest szczęśliwe, to cała rodzina jest szczęśliwa… więc to dodaje mi takiej energii do pracy.

Czy są jakieś uniwersalne zasady, o których rodzice powinni pamiętać pomiędzy rehabilitacjami? Zakładam, że taką zasadą jest to, żeby sami też ćwiczyli z dzieckiem… Czy pokazujesz im jakieś proste ćwiczenia, czynności – które powtarzają?

Każde dziecko jest inne i każde potrzebuje odmiennego procesu usprawniania. Natomiast, jeśli mielibyśmy się skoncentrować na takich naprawdę podstawowych założeniach – no to na pewno będzie to zmiana pozycji dziecka, jeśli samo się nie obraca… pionizacja dziecka, jeśli jej potrzebuje – a zwykle nasi pacjenci jej potrzebują… Oczywiście instruujemy rodziców, jak to robić… jak korzystać ze sprzętu… jak oklepywać dziecko, gdy jest chore, gdy ma infekcje i gdy w oskrzelach zalega mu wydzielina… To są takie uniwersalne zasady i rodzice muszą te czynności wykonywać sami, ponieważ my u pacjentów jesteśmy tylko raz w tygodniu. Jedna godzina, to zdecydowanie za mało – dlatego rodzic też musi pracować ze swoim dzieckiem.

Na pewno wiele razy słyszałeś, że to ciężka praca… Jak tłumaczysz, że warto? Czy i co – daje Ci największą satysfakcję?

Wiele razy słyszałem, że to ciężka praca i trudno się z tym nie zgodzić… Natomiast uważam, że każdy ma w życiu do spełnienia jakąś misję i… praca, którą wykonuję – poniekąd właśnie taką misją jest. A największą satysfakcję mam wtedy, gdy widzę postępy u dziecka z którym pracuję.

Pokaż więcej

Artykuły powiązane

Close
Close